czwartek, 27 lutego 2014

Rozdział 2


 - Dawno u ciebie nie byłem. - powiedziałem wieszając kurtkę na wieszak w przedpokoju przyjaciela, który zgodził się przygarnąć mnie do siebie po fakcie, że straciłem mój dom w płomieniach... Jestem przygnębiony, nie wiem co z sobą zrobić, co by teraz ze mną było gdyby nie Mike?! - Wspaniały z niego człowiek - pomyślałem spoglądając na przyjaciela.
- Faktycznie dawno.. aż dziwne. - odparł po chwili z lekkim zdziwieniem - Przecież kiedyś tak często się u mnie widywaliśmy, to na próbach, to na jakimś filmie czy coś. - w jego oczach zawitał tak jakby smutek, spuścił wzrok na ziemię jakby chciał ukryć niepotrzebne łzy. - Nie Chaz, nie myśl już o smutku! Dość się dziś nacierpiałeś! - przetarłem dłońmi twarz po czym podszedłem do Mike'a.
- Proszę cię Mikey, przecież nic się nie stało, teraz będziemy mieć dla siebie dużo czasu... nadrobimy straty. - pocieszałem go tymi czułymi słowami unosząc mu głowę do góry. - co za menda! Wcale nie płakał! na dodatek śmieje się ze mnie bezczelnie! Odszedłem krok do tyłu.
- Co cię tak śmieszy? - odparłem unosząc jedną brew ku górze, robiąc zdziwioną minę, widząc jak chłopak niemal dusi się ze śmiechu.
- Hahahaha! - zaśmiał się.
- Ja na prawdę nie wiem o co ci chodzi. - powiedziałem z sztuczną powagą, bo trudno zachować się poważnie w sytuacji, w której wasz przyjaciel śmieje się jak debil, podczas gdy wy nie wiecie o co mu chodzi.
- To... To zabrzmiało jakbyśmy byli parą! - wykrzyczał przez łzy, po czym zaczął znowu nieopanowanie się śmiać. Nie wiem czemu, ale trochę mnie to zabolało...
- Daj już spokój, przestań się śmiać! - powiedziałem stanowczo wchodząc w głąb mieszkania przyjaciela. Na lewo od przedpokoju znajdowała się otwarta na salon niewielka kuchnia, do której właśnie zmierzałem. W salonie zaś na środku znajdował się fioletowy, puchaty dywan, a którym stała biała, skórzana kanapa. Na przeciwko siedzenia stał szklany stolik do kawy, pod którym na półeczce leżało kilka czasopism. Jak to w salonie nie mogło zabraknąć telewizora... Olbrzymia pięćdziesięcio calowa plazma wisiała na ścianie przed kanapą, a tuż pod nią stała malutka, biała komoda z jakimiś sprzętami Shinody. Nie dało się jednak zauważyć tego, że w porównaniu z moim domem... a zaraz... przecież ja nie mam już domu. Myśli przerwał mi Mike szturchający mnie łokciem przechodząc obok mnie.
- I co podoba ci się u mnie? - Zapytał z uśmiechem na ustach sięgając do szafki po kubki.
- Tak, tu jest bardzo ładnie Mike, ale...
- Ale co? -
przerwał mi przerywając również wcześniej zaczętą czynność i odwracając się do mnie spojrzał na mnie lekko zdziwiony.
- Ale czuję się tu nieswojo, tu jest tak czysto i jasno, zupełnie inaczej niż było u mnie, a dobrze wiesz, że ja boję się nowych miejsc i ogólnie zmian. - powiedziałem bez entuzjazmu ze smutkiem na twarzy, trudno będzie mi się przyzwyczaić do nowego miejsca.
- Spokojnie Chaz, rozgość się, idź weź prysznic, a ja zrobię ci gorącą herbatę i nie przejmuj się, jakoś sobie damy radę. - chłopak powiedział to tak przyjaźnie i z takim uśmiechem na twarzy, że od razu humor mi się poprawił. Mam nadzieję, że ma rację, jednak coś mnie nadal niepokoi...
- Dobrze Mike, dzięki, to ja idę pod prysznic! - krzyknąłem spod drzwi łazienki, która znajdowała się na lewo od wejścia do mieszkania. Podczas kąpieli rozmyślałem nad tym co powiedziałem i z czego tak rechotał Mike, dlaczego poczułem się wtedy zraniony? Przecież to nawet nie miało tak zabrzmieć! A jeśli nawet to co? Homoseksualista to też człowiek... - Boże Chester nie myśl tak, nie jesteś gejem! To mój przyjaciel, nie mogę się w nim zakochać, przecież on mnie wyśmieje! - Jezu, co ja robie? Czyżbym zakochał się w Mike'u? W tym momencie usłyszałem pukanie do drzwi.
- Chester ile ty tam siedzisz? Herbata ci wystygnie, a poza tym będę miał kolosalne rachunki za wodę! Wyłaź! - krzyczał zza drzwi lekko poirytowany Shinoda przerywając mi przemyślenia. - Co? a tak! - wzdrygnąłem się i po chwili ,,wróciłem na ziemię,,
- Wybacz Mike, już wychodzę. - odpowiedziałem szybko nawet nie zastanawiając się nad tym co mówię. Kiedy już wyszedłem z kabiny i ubrałem się, spojrzałem w lustro i przyglądając się odbiciu znowu zacząłem rozmyślać... - Nigdy nie widziałem w tym obliczu geja, ale to mogłoby wyjaśniać czemu nigdy wcześniej w nikim się nie zakochałem. Dlaczego zauważyłem to dopiero teraz?! - Nie wiem ile jeszcze tam stałem, ale tym razem nie przerwało mi tego pukanie do drzwi, ale gwałtownie naciśnięcie klamki.
- Chester co się dzieje, Wszystko w porządku? Siedzisz tu już prawie godzinę! - nie ukrywam, że jego obecność tu trochę mnie zdziwiła i przestraszyła... - Czyżbym nie zamknął się na zamek?
- Tak wszystko w porządku, tylko rozmyślałem nad tym co się dzisiaj stało. - No co? Miałem mu powiedzieć - Tak wszystko OK, tylko rozmyślałem o tym, że chyba jestem gejem i się w tobie zakochałem? Po moim trupie!
- Oj Chester nie myśl już o tym, wiem, że to dla ciebie ciężkie przeżycie, ale cóż poradzisz? - powiedział współczująco ciepłym i miłym tonem, po czym przytulił mnie do siebie. - Za dużo teraz dzieje się wokół mnie. Straciłem dom, zakochałem się w najlepszym przyjacielu... A ten mnie jeszcze przytula.
- Choć wypijesz herbatę i położysz się spać, to był dla ciebie ciężki dzień. Jutro zostajemy w domu, zrobimy sobie wolne od pracy, pójdziemy gdzieś na pizzę może. - uśmiechnął się do mnie tym swoim mike'owym uśmieszkiem, na co ja odpowiedziałem podobnie, tylko że ja nie mam takiego słodkiego uśmiechu. Poszliśmy do salonu, wypiliśmy herbatę i trochę pogadaliśmy po czym zaczęliśmy się zbierać do spania.
- Masz jakieś wolne łóżko czy będę musiał spać z tobą? - zapytałem śmiejąc się pod nosem mając jednak nadzieję, że nie będę musiał spać z nim w jednym łóżku. Chyba bym kurna nie zasnął!
- Możesz spać u Taylor w pokoju, jeśli się mnie brzydzisz. - odpowiedział wybuchając przy tym śmiechem i wskazując mi drogę do pokoju Tay.
- Nie Mikey, nie brzydzę się ciebie, ale wolę spać sam. - powiedziałem także zaczynając się śmiać... Mam nadzieję, że go nie uraziłem.
- Za salonem, pierwsze drzwi na ukośnej ścianie. - Mike wskazał mi ponownie drzwi uśmiechając się przy tym. Sam już leżał w swoim łóżku, ale na ściągnięcie koszuli czekał chyba do czasu, aż opuszczę pomieszczenie... - Skubany!
- To dobranoc Mikey! - Odwróciłem się zamykając drzwi do jego pokoju i spoglądając na przeciągającego się przyjaciela.
- Dobranoc Chester. - odpowiedział Shinoda ziewając przy tym, co natychmiast mnie zaraziło i również ziewnąłem wybuchając śmiechem. - Do jutra Mike... dobrze, że nie wiesz kogo przyjąłeś pod swój dach. - pomyślałem ze smutkiem zamykając jego drzwi, zmierzając w kierunku pokoju w którym miałem spać.

środa, 26 lutego 2014

Rozdział 1


 
Jest to pierwsza część mojego opowiadania :) Mam nadzieję, że się wam spodoba...
Jest trzecia w nocy, a ja nie mogę spać. - pieprzony alkohol, zawsze doprowadza mnie do takiego stanu. Wiercę się niemiłosiernie, nawet nie pamiętam gdzie jestem, ale to chyba nie moje posłanie, więc  muszę być w studio. Nie wiem, nie pamiętam nic z poprzedniej nocy.
- Przepraszam! - obudził mnie jakiś kobiecy glos, a zaraz po tym jak się podniosłem i przetarłem dłońmi twarz, światło słoneczne padło mi na twarz rażąc mnie bezlitośnie.
- Przepraszam! - powtórzyła kobieta szturchając mnie mopem, to chyba była sprzątaczka... Czyli na sto procent byłem w studio. Podniosłem się szybko na równe nogi ustępując kobiecie miejsca, następnie rozejrzałem się po pomieszczeniu... Wszyscy się najebali , no prawie wszyscy, tylko pan niepijący Shinoda jak zawsze trzeźwy. Rob leży tuż przy swojej perkusji obśliniając swoje pałeczki, -FUJ! Joe leży rozwalony na kanapie, ale mu dobrze, jako jedyny spał a czymś miękkim. Brad chyba już zdążył wstać przede mną i zamówić taksówkę do domu, bo nigdzie go nie ma. Dave chyba bardziej najebany niż ja śpi w kącie pokoju przytulając się do doniczki wielkiego kwiatka, a pan Shinoda stoi jak gdyby nigdy nic i dopina ostatni guzik swojej koszuli. - szkoda, że spojrzałem dopiero teraz...
- O, wstałeś Chester... Jak się spało?- powiedział do mnie Mike i miło się do mnie uśmiechnął, a ja spojrzałem na niego z miną ,,are you fucking kidding me?,,
- No co? Trzeba było tyle nie pić! - powiedział kpiąco, ale przyjaźnie podchodząc do mnie w tym samym momencie kładą mi rękę na czole.
- Łatwo ci mówić, ty nigdy nie pijesz! - odrzekłem niewyraźnie ledwo trzymając się na nogach.
- Oj Chazy, Chazy... Choć odwiozę cię do domu. - Mike spojrzał na mnie i objął mnie przez ramię, żebym się nie przewrócił w drodze do samochodu. W drodze do domu miałem jakieś złe przeczucia, jadąc ulicami Los Angeles mijaliśmy wiele jednostek straży pożarnej i policji... CO JEST GRANE?! Podjeżdżając do rogu ulicy na której mieszkałem serce stanęło mi w gardle, a Mike zbladł i kompletnie zaniemówił...
- Boże mój dom!!! - pośpiesznie wybiegłem z samochodu prawie potykając się o własne nogi, podbiegłem do pierwszego lepszego mundurowego i mając łzy w oczach pytałem błagalnie co się stało. Byłem tak zrozpaczony i roztrzepany, że jedyne co usłyszałem to ,,niestety pański dom spłonął''- upadłem na kolana, co ja teraz zrobię, cały dorobek mojego życia poszedł z dymem! W tym samym momencie funkcjonariusz pochylił się nade mną i wyciągną do mnie rękę z jakimś zadymionym przedmiotem.
- To jedyne co dało się uratować. - spojrzałem na niego i zabrałem z jego ręki dziennik. Po chwili poczułem na swoim ramieniu rękę Mike'a, odwróciłem się i spojrzałem mu z wielkim smutkiem w oczy.
- Mike, co ja teraz zrobię, nie mam się gdzie podziać, nie mam rodziny ani pieniędzy na kupo nowego domu! Straciłem wszystko Mike... wszystko... został mi tylko ten pieprzony pamiętnik! - rzuciłem książką o ziemię, a z niej wypadły jakieś stare zdjęcia. Nie zauważyłem tego, bo wtuliłem się zapłakany w obojczyk przyjaciela, a ten odwzajemnij uścisk przyjmując na siebie mój smutek, po czym puścił mnie na chwilę, aby podnieść zdjęcia.
- Ty jeszcze masz te fotki? Przecież one były robione wieki temu! - zdziwił sie Mike po czym spojrzał na mnie otwierając szeroko oczy. Popatrzyłem a zdjęcia, które były dla mnie dosyć sentymentalne... cieszę się, że nie spłonęły. Ujrzałem na nich czerwonowłosego chłopaka w wieku około 18 lat i niskiego blondyna w mniej więcej tym samym wieku. To byłem ja i Mikey za czasów liceum... To było tak dawno, a jednak pamiętam jakby to było wczoraj. Przerwałem na chwilę szlochanie, kiedy Mike zaczął coś do minie mówić.
- Nie martw się Chaz, zamieszkasz u mnie ile tylko będziesz chciał. - uśmiechnął się chłopak gładząc mnie po przedramieniu i patrząc mi prosto w oczy.
- Ale ty przecież mieszkasz z siostrą. - powiedziałem nie urywając kontaktu wzrokowego.
- Już nie, Taylor wyprowadziła sie ode mnie miesiąc temu i wyjechała ze swoim chłopakiem do Nowego Yorku. - chłopak uśmiechnął się do mnie po czym wstał i wyciągnął do mnie rękę, aby pomóc mi wstać.
- To jak będzie?
- Raczej nie mam wyboru... Dziękuję ci Mike, jesteś najlepszym przyjacielem na świecie! -
skorzystałem z jego pomocy i pośpiesznie wstałem na równe nogi od razu się do niego przytulając. Mikey aż się zachwiał, ale widać cieszył się z tego, że się zgodziłem na jego propozycję.

- To choć, jedziemy do domu Chaz. - powiedział chłopak otwierając drzwi od samochodu i delikatnie się do mnie uśmiechając, a ja powtórzyłem jego czynność tylko ostatni raz spoglądając na resztki tego co zostało z mojego domu...

Mam nadzieję, że jak na pierwszy raz może być takie krótkie :/ Nie wiem czy to wyszło dobrze :(